Destruction Derby on Ice

12 styczeń, 2008 at 16:42 (Niecodziennik)

Skończyłem – miesiąc przesiedziany przed kompem zaowocował zaliczeniem ostatniego przedmiotu na moich studiach – mianowicie Compilation. Nieskromnie muszę się pochwalić, że całą brudną robotę w ostatniej fazie odwaliłem sam, a było co poprawiać – wywindowałem nasz kompilator ze sprawnego w ok 30% do 100% :). Mam wybitną ochotę napisać do moich „kolegów” z grupy, lub powiedzieć im osobiście co o nich myślę, ale nie wiem czy będzie mi się chciało jeszcze więcej wysilać specjalnie dla nich…
No więc teraz już „tylko” magisterka i koniec zabawy (no przynajmniej do emerytury :P).
Nevermind. Byłem sobie w święta w Polsce – ale mróz. Tradycyjnie odwiedziłem Kraków, poza tym z ciekawostek, akurat odbywało się spotkanie naszej-klasy.pl z liceum. Pomyślałem, co mi tam, pójdę, pewnie zaraz wrócę – przyszły 4 (CZTERY) osoby! :D Nie to, żeby mnie to szczególnie zaskoczyło, raczej potwierdziło regułę ;).
Potem w Łodzi złapałem gumę… pogięta od dziur felga, no ale czego się spodziewać skoro auto przyzwyczaiło się już do duńskich i niemieckich dróg. Tu wtrącę dygresję, że wymiana koła w Renault na mrozie to prawdziwa bajka – zamontowane (koło) w koszu na podwoziu zamiast w bagażniku i kiedy robisz to pierwszy raz trzeba pokombinować, żeby rozwiązać zagadkę logiczną jaką jest jego wydobycie. Ale to nie wszystko! Trzeba także wykazać się zręcznością Pudziana przy wykręcaniu śruby podtrzymującej kosz – cholera jest zardzewiała cała, bo wszystko na nią bez przerwy chlapie tam pod spodem. No więc ja ukręciłem śrubie łeb i kosza nie dało się już na powrót przykręcić. Alternatywą było szorowanie nim po asfalcie aż do Zduni albo jakieś prowizoryczne zaczepienie. Tu nieocenioną pomocą okazali się podróżujący ze mną inżynierowie Anula i Bub, którzy zgrabiałymi od mrozu rencami, własną foliówkę zamienili na permanentne mocowanie do kosza. Jestem pewien, że spokojnie mógłbym z nim jechać z powrotem do Danii i nic by się nie stało, ale zapasowe koło zajmowało w bagażniku za dużo miejsca więc musiałem naprawić dziada u mechanika (nieźle się przy tym namęczył bo mechanizm jest zaiste bardziej zawiły niż węzeł gordyjski). Cała sytuacja była tym bardziej denerwująca, że śpieszyłem się do domu aby przetestować mój nowy nabytek – gitarę basową którą widzicie tu (klikable):

Sorry za kiepskiej jakości foty. Jest to pięciostrunowa kopia Music Mana, firmy OLP, model MMTLAN sygnowany przez łysego wąsacza Tony’ego Levin’a (m.in. King Crimson) z aktywną elektroniką. Porządny instrument jak za tę cenę, i trzyma strój aż miło (o tym za chwilę). No i wyglądem mi odpowiada :). Jedyną wadą jaka na razie mi doskwiera jest to, że basik „leci na łeb”, czyli całość jest lekka, ale głowa jest ciężka no i niestety przy najtańszym, śliskim pasku gitara „zjeżdża” gdy nie trzyma się na niej rąk. Poza tym na basie trza umieć grać. Z lewą ręką nie mam dużych problemów ale prawa – a próbuję grać palcami nie kostką – to zupełnie inna bajka niż zwykłe gitary. Po dwóch dniach intensywnych ćwiczeń palec wskazujący spuchł mi i bolał, musiałem więc zrobić przerwę w graniu :). Może robiłem coś źle, ale myślę, że po prostu za dużo grałem, bo teraz już jest dobrze.
No dobrze, a teraz gwóźdź programu i wyjaśnienie tytułu notki. Przed drogą powrotną do DK miałem złe przeczucia. Wziąłem od Taty nóż do rozcinania pasów, myślałem o młotku do awaryjnego rozbijania szyby… Ale ja mam często obawy przed drogą, więc zignorowałem intuicję. W Niemczech rozwaliłem samochód. Lał rzęsisty deszcz przez całe Niemcy i mniej więcej w połowie drogi między Berlinem a Hamburgiem (zarazem jest to połowa drogi między miejscem gdzie mieszkałem w Polsce, a Århus) jechał przede mną samochód bez chlapaczy i zawalał mi całą szybę wodą. Postanowiłem go wyprzedzić jednak jak się okazało jezdnię pokrywała już nie woda a warstwa lodu. Przy 120 – 130 km/h zawiał z boku wiatr i przesunął mi auto z lewego na prawy pas. Jako niedoświadczony w takich sytuacjach kierowca byłem zaskoczony i spróbowałem wrócić na lewy pas i to był błąd. Roztańczyłem się na autostradzie niczym w „Jak oni tańczą z gwiazdami na lodzie”. Szczęśliwie nie uderzyłem w barierkę oddzielającą pasy ale wylądowałem na poboczu z prawej strony… jadąc bokiem do kierunku jazdy. Przednie zawieszenie zostało zrujnowane. Szczęśliwie również nic nie jechało za mną więc nie doszło do żadnej kolizji i nie odniosłem żadnych obrażeń. Jacyś młodzi Niemcy mówiący dobrze po Angielsku pomogli mi wezwać pomoc drogową. Co ciekawe gdy zadzwoniłem na 112 operator nie rozumiał Angielskiego! Przybyła też polizei i też albo nie umieli, albo nie chcieli rozmawiać po Angielsku. A ja Niemieckiego ni w ząb. Co więcej, świnie chcieli mnie zrobić na 100 euro! Jakbym już nie był w wystarczających tarapatach. Pytam dlaczego, ale facio nie mógł mi tego wytłumaczyć. Gdy powiedziałem, że nie mam euro, zażądał 400 zł! Niewyobrażalne. Kiedy (zgodnie z prawdą) powiedziałem im, że mam tylko kartę kredytową, pojechali sobie i dali mi spokój. Nieładnie… Jedyny pożytek z nich to taki, że dowiedziałem się, że byłem już 6-ym samochodem w tego typu sytuacji. A na drodze koło mnie działy się dantejskie sceny – sam widziałem co najmniej 4 – 5 innych aut które kręciły się wokół własnej osi na drodze i lądowały po poboczach. Miałem pełno w gaciach, że zaraz coś we mnie uderzy. Do tego mróz jak diabli, dobrze, że silnik mi chodził więc grzałem się w środku. Po jakiś 2 godzinach przyjechał pan z lawetą z ADAC’a i ściągnął mnie na parking. Nie mógł podjechać co prawda pod podjazd, bo zjeżdżał, albo raczej ześlizgiwał się (bokiem) z powrotem na jezdnię. Wszystko, ale to wszystko było pokryte szklanką lodu. Jakoś w końcu się jednak udało. Za usługę zapłaciłem bagatela 250 euro i ślizgając się na butach jak po lodowisku wylądowałem w hotelu pośrodku niczego. Jedna noc 50 euro choć standard przyznaję wysoki. Ogólnie gdy coś takiego Ci się przydarzy, zedrą z Ciebie wszystko i obgryzą Cię do kości… Spać oczywiście nie mogłem bo miałem wizje tego co mogło się wydażyć. Następnego dnia wybrałem się na obchód okolicy. Była niedziela i może dlatego nigdzie (poza obsługą hotelu, którego byłem chyba jedynym gościem) nie zobaczyłem ani żywej duszy. Tylko mgła i dookoła jakieś magazyny. Naprawdę creepy i obawiałem się czy nie znalazłem się w scenariuszu jakiegoś tandetnego horroru. Po dwóch dniach udało mi się z pomocą Taty dotrzeć do Danii – cudem w jednym kawałku, z wszystkimi bagażami (gitara była nadal niemal idealnie nastrojona!), ale bez samochodu (obiecałem kiedyś wrzucić zdjęcie i nie zdążyłem) i bez pieniędzy. Bas kosztował sporo i już obawiałem się o następny miesiąc, a teraz jeszcze to :(. Będzie trzeba wskoczyć z powrotem na rowerek i trochę popracować, zwłaszcza, że zlawetowanie auta do Polski i ewentualna naprawa również będzie się liczyć w tysiącach złotych :(. No trudno, zdarza się. Kończę, ten chyba najdłuższy mój wpis ever, jeśli ktoś dotarł aż tutaj, dziękuję i cieszę się, że mogę nadal tutaj klepać swoje wynudy ;). Oby następnym razem wieści były lepsze – szczęśliwiego 2008-go!

Bezpośredni odnośnik 6 komentarzy

Ha ha ha! Too slow looser…

4 styczeń, 2008 at 12:26 (Odczucia?)

Czasami jak sobie pomyślę, że życie jest tylko jedno to oczywiście dodaje mi motywacji na jakiś czas i stwierdzam, no dobra trzeba po prostu się za siebie wziąć i zacząć coś robić. Trzeba wykazać inicjatywę!

Ale oczywiście wkrótce mi przechodzi i opada mnie zobojętnienie i zniechęcenie pokolenia dzisiejszych 25-cio latków. Po co robić z siebie idiotę? – pytam siebie.

Dane napływające z otoczenia są niejednoznaczne… To w końcu robisz z siebie idiotę, czy po prostu pokazujesz, że ci zależy?

Takie wahanie może być sygnałem, że łatwo się poddajesz. A skoro łatwo się poddajesz to znaczy, że ci nie zależy, a skoro ci nie zależy to w innych sprawach też będziesz do niczego.

W rezultacie jestem zbyt powolny. Jeśli czegoś chcę, nie wyciągam ręki i to się oddala…

Może potrzebuję po prostu porządnego kopa w dupę?

Sam sobie potrafię odpowiedzieć na te rozterki: zbyt mocno przejmujesz się tym, czy robisz z siebie idiotę. No niby tak, ale przejmuję się również tym, że nie chcę być dla nikogo irytującym komarem, którego nikłe, leniwe jęczenie co jakiś czas słychać przy uchu… I to mnie gubi, już ktoś kiedyś mi to próbował uświadomić… Ale może to był odosobniony przypadek. Empatia – pozytywna cecha, ale czasami jednak przeszkadza.

Całe życie na coś czekam zabijając czas doraźnymi substytutami, na dłuższą metę to jednak do niczego nie prowadzi i trzeba zdać sobie sprawę, że stan obecny może wkrótce stać się permanentnym.

Ten wpis powinien chyba raczej trafić do pamiętnika w szufladzie a nie do internetu, ale oczywiście jest to podświadome wołanie i dlatego pewnie go tu zamieszczam. Poza tym, pewnie zaraz mi przejdzie ;).

A zresztą…

Bezpośredni odnośnik 3 komentarzy

Prawie że Hollywood!

9 grudzień, 2007 at 14:15 (Niecodziennik)

Tym razem bardzo krótka piłka, bo – niespodzianka – nie mam czasu. Więcej napiszę w piątek po egzaminie, póki co od rana do nocy klepię kompilator Javy. Jakkolwiek nie mogłem się powstrzymać aby nie wrzucić tu tych dwóch krótkich reklamówek (made by Lukas). Enjoy!

Część pierwsza pod wiele nie mówiącym nam tytułem “Try To Quit”:

Część druga, pod jeszcze więcej nie mówiącym nam tytułem “Don’t Start” (polecam):

Zapraszam do komentowania ;).

Bezpośredni odnośnik 4 komentarzy

Koniec inwencji…

4 listopad, 2007 at 14:35 (Muzyka, Niecodziennik)

…przynajmniej jeśli chodzi o tytuły wpisów. Tak, ten dzień w końcu nadszedł! A może to tylko tak dzisiaj? Niedzielny, jesienny poranek na kacu… Za drzwiami pobojowisko, bo wczoraj był Tour de Block, zresztą tym razem wypadł średnio – albo przestaje mnie to bawić albo dopada mnie jesienna apatia, bo urwałem się dość wcześnie do łóżka. A tak z grubsza było (i jeszcze jest) udekorowane nasze piętro:

tour de block dekoracja

Piękne… inspiracją miał być szpital ale wyglądało to bardziej na rzeźnię.

Ponieważ dawno niczym tu nie przynudzałem, więc przelecę pokrótce wydarzenia ostatnich
tygodni. Byłem w Polsce, ale tym razem zamiast imprezować trochę się dokulturalniałem. Jeśli zawitasz kiedyś do Polski, warto wybrać się do kina, bo bilet kosztuje 3 – 4 razy taniej niż na przykład w Danii. Ja zawsze to robię i tym razem byłem na dwóch filmach, mianowicie Grindhouse: Planet Terror oraz Stardust. Na pierwszy polecam wybrać się w niedzielne popołudnie, najlepiej zaraz po rodzinnym obiedzie – znakomite kino familijne i ogólnie genialny film “dla wtajemniczonych” – moim zdaniem znacznie lepszy niż (świetny swoją drogą) Death Proof Tarantino. Stardust natomiast jest bardzo miłym filmem na którym można się umagicznić i trochę wzruszyć, chociaż bardziej polecam książkę Neila Gaimana, na której był wzorowany (i tu podziękowania dla kogoś, kto mnie wcześniej ją polecił :)). We mnie ta lektura obudziła jakąś dziwną tęsknotę, hmm…

Poza tym gdy jesteś w Polsce wybierz się do Krakowa. To miasto jest piękne o każdej porze
roku ale gdy byłem tam teraz chciało mi się płakać ze szczęścia. Może kiedyś w dobrych czasach uda się tam osiedlić i wrócić do korzeni ;). Moja siostrzyczka ma świetnie umiejscowione mieszkanie, naprzeciwko Collegium Novum UJ, w takich miejscach aż chce się studiować. Parę (jak zwykle miernej jakości) fot:

Ponadto, jeśli zabłądzisz do Polski, gdzie nowa ekipa rządząca z pewnością obieca wyasfaltowanie traktów i zniesienie myta na rogatkach, zainteresuj się występami muzycznymi. Byłem na dwóch: Riverside w Progresji (Wa-wa), genialny koncert, dobrze nagłośniony, dobrze naświetlony. Żebym tylko znał jeszcze lepiej utwory byłoby rewelacyjnie, ale niestety miesiąc który miałem
od czasu poznania tego rodzimego bendu do koncertu nie wystarczył, żeby zakuć skomplikowane, progresywne riffy. Jeszcze słowo o supportach: Leafless Tree, łódzki prog! Całkiem ciekawe chociaż może
nie do końca w mój gust. Jak się później okazało, perkusista drugiego zespołu basisty mojego byłego zespołu zna basistę z
Leafless Tree - czy jakoś tak, w każdym bądź razie to już prawie tak jakbym ja znał się z Riverside’ami :P. Drugi support Totentanz
nie przypadł mi do gustu. Niby łoili równo, ale wtórnie i bardzo cienko lirycznie. Drugi koncert odbywał się w Hard-Rock Cafe (również Wah-wah) i grał tam nie kto inny jak brytyjski Oceansize! Zespół który dwa tygodnie wpadł mi przez przypadek na last.fm i okazało się, że znam z zamierzchłych czasów ich pierwszy album. Także złożyło się wyśmienicie, biorąc pod uwagę niską cenę biletu. Na support jakieś alter-emo, ale mam respekt dla ich choreografii ;). Potem Oceansize, który mnie zmiażdżył! Mimo dużo gorszego nagłośnienia (za głośno!) i nawet w połowie nie tak dobrego oświetlenia, muzyka obroniła się sama. Słucham ich ostatnio na okrągło i polecam wszystkie trzy płyty. Niestety nie dysponuję (mam nadzieję, że tymczasowo) fotami z tych koncertów, ale można je znaleźć na necie. I tutaj wyrazy wdzięczności dla kogoś, kto zabrał mnie na te koncerty i przygarnął po wszystkim i… i w ogóle. :)

No a poza tym z nudów to naprawiłem samochód (gdy jedziesz przez Polskę nie zapomnij
odwiedzić mechanika, nie zedrze tak jak ten w Europie Zachodniej) i wróciłem do Dani. A tutaj pogoda jest piękna, ale nie ma
czasu się nią cieszyć. W środę oddajemy kolejną część kompilatora a ja mam totalną niemoc i apatię. Jest dość duża możliwość, że uwalę ten przedmiot. Jesienne rozleniwienie nie przekłada się za to na moje muzykowanie, bo tu inspiracji i pomysłów mam aż za dużo. Przywiozłem duży piec i wkrótce rozkręcamy biznes (patrz parę postów niżej). Niestety póki co oczywiście brak czasu aby cokolwiek nagrać :(. Odkrywam też masy nowych (dla mnie) zespołów i po prostu nie wiem już czego słuchać. Ale o tym kiedy indziej. Pa.

Na pożegnanie dwie foty jak se siedzę na wieży, o:

(druga bardziej krzywa od pierwszej, o)

:)

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Koncert szkoły muzycznej

29 wrzesień, 2007 at 12:02 (Muzyka, Niecodziennik)

W Århus jest szkoła muzyczna. Jest jedna akademia muzyczna która kształci profesjonalistów, po wyjściu z niej mamy oczywiście dyplom i dostaniemy pracę w każdej orkiestrze/radiu/zespole na świecie, jednak aby się do niej dostać, trzeba mieć ogromny muzyczny background od dziecka (i nie tylko zapewne). Dla tych, którzy za późno zorientowali się co dla nich w życiu jest najważniejsze jest druga szkoła gdzie przez pół roku uczy się gry z zespołem w stylach takich jak rock, reggae, salsa itp. Egzamin wstępny z tego co wiem polega na zbadaniu wyczucia rytmu i odtworzeniu kilku konkretnie wymaganych zagrywek. Niestety szkoła jest płatna. No i jest po duńsku. Dlatego jeszcze troche czasu mi zejdzie zanim będę mógł tam uderzyć, ale po magisterce taki będzie chyba mój plan.

W każdym razie wczoraj byliśmy ekipą na koncercie zespołów z tej szkoły, albowiem nasz sąsiad i przyjaciel Rasmus kształci się w niej i gra w jednym z tych bendów. Grało 5 zespołów i muszę powiedzieć, że kolejny raz mnie zatkało… Pełen profesjonalizm, żadnej amatorszczyzny, bezbłędnie zagrane i dobrze brzmiące nawet w zestawach gdzie grało 6 osób (bo były klawisze, sekcja denta itd.). Wcale nie z powodu sąsiedzkiej przyjaźni muszę powiedzieć, że band Rasmusa skopał dupy najmocniej, chociaż ludzie chyba najlepiej bawili się na ostatnim zespole prezentującym muzykę ala-afrykańską – nie znają się :) albo byli już w najlepszej fazie upojenia alkoholowego. Rasmus & co. zaproponowali dziwaczną wersję psychodelicznego rocka z ciekawymi elementami w metrum i akcentowaniu fraz. Czasami zabierało mi trzy refreny zanim zorientowałem się w którym momencie trzeba machnąć banią :P. Uwielbiam takie zaskakiwanie słuchacza. No i dwie blond-wokalistki w tym jedna grająca na wielkim bębnie też dodawały całości uroku i powabu ;).

Ogółem jeśli chcesz grać w zespole w Århus to musisz przygotować się na naprawdę srogą konkurencję, ale wydaje mi się, że możliwości rozwinięcia się tutaj są zachęcające. Być może wynika to wszystko z długiej jazzowej tradycji tego miasta, a może z łatwiejszego dostępu do sprzętu i czasu, który można przeznaczyć na ćwiczenia. Nie ważne, bo liczy się efekt, a ten jest moim zdaniem ponadprzeciętny. Dozoo.

Bezpośredni odnośnik 4 komentarzy

Ważne!

28 wrzesień, 2007 at 9:28 (Niecodziennik)

Przeszedłem Doom’a 3.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Nowa banda

27 wrzesień, 2007 at 10:22 (Muzyka, Niecodziennik)

Dzisiaj wpis z serii “co umie”. Zapraszam do lektury. Otóż z całą pewnością nadzwyczaj interesująca wyda Wam się wiadomość, że mam przegwizd w szkole. Ostatnich kilka dni spędziłem wyłącznie ślepiąc się w monitor i próbując rozgryźć meandry kompilatora Javy. Przedmiot ten to zaprawdę nie przelewki, zwłaszcza gdy trafisz na cienką grupę. W mojej grupie jest jeden Duńczyk, który nie robi nic oraz jeden ex-Chinczyk, który robi całkiem dużo, ale podobnie jak ja, informatycznym geniuszem się nie wykazuje. Dlatego, mimo iż podszedłem do zagadnienia z dużymi ambicjami, teraz musiałem zmniejszyć treshold i mieć po prostu nadzieję na zaliczenie przedmiotu.

Druga sprawa to moja praca mgr. Jak można się domyślać, nic jeszcze nie napisałem, ale przygotowania idą naprawdę dobrze. Co tydzień (prawie) mam rozmowę z promotorem i daje mi różne rzeczy do przeczytania i sprawdzenia, więc kiedy zabiorę się wreszcie do sedna roboty, czyli pisania (jak mniemam będzie to na przełomie 07/08) to powinno pójść łatwiej niż wymyślanie tematu pracy w PL. No ale zobaczymy.

Trzecia i najbardziej ekscytująca dla mnie sprawa, to że coś się zaczyna kręcić w dziedzinie muzyki. Namely jutro mam pierwsze jam session z basistą i drugą gitarzystką/wokalistką. Basista to z tego co wiem bad-ass, muzykuje od 16 lat, jest w połowie ze Stanów, w połowie z DK i ma dużo tatuaży. Gdyby już tylko to nie świadczyło jak wspaniale musi grać na basie, to w produkcji jest właśnie płyta jego zespołu, z którym grał w juesej i ponoć produkuje ją nawet jakieś znane nazwisko… Gitarzystko/wokalistka to miła dziewczyna z Francji, która kilka lat uczyła się grać na fortepianie, a potem sama sięgnęła po gitarę i również ma już jakieś tam doświadczenia z grą w zespołach. Trochę się obawiam, że taki barszcz jak ja może za nimi nie nadążyć, no ale warto spróbować. Oboje poznałem oczywiście nigdzie indziej tylko tam gdzie poznaje się wszystkie interesujące osoby czyli w IKEI :P. No i jest jeszcze perkusista ale o nim nic na razie nie wiem. W każdym razie cała sprawa strasznie mnie kręci. Co prawda nie wiemy jeszcze co chcielibyśmy grać, ale ja jestem gotów w tej chwili uderzyć w cokolwiek byle sobie porzympolić. Była zresztą jakaś mowa o jazzie i choć nie wiem czy czuję się na siłach, to na pewno byłoby to interesujące doświadczenie. A może wyjdzie coś nowego? Progresywny stoner-jazz to byłoby coś! ;]

A może okaże się, że nie umiem grać i po jutrzejszej próbie podziękujemy sobie?

Dobrze, jestem pewien, że ten fascynujący wpis sprawił, że już nie możecie doczekać się następnego, ale tymczasem idę spać, bo właśnie wróciłem z roboty. Farvel.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Życie bywa dziwne…

16 wrzesień, 2007 at 17:34 (Odczucia?)

Czasem życie pozwala Ci złapać się za palec…

Czasem tam, gdzie się tego najmniej spodziewasz…

I czasem gdy czujesz, że już nic Cię nie ruszy, że jesteś skałą, że umarłeś w środku i masz to wszystko obok, przypomni Ci, że to nie Ty kontrolujesz sytuację, tylko sytuacja Ciebe, i że nie uciekniesz i nie schowasz się przed nim choćby na końcu świata…

A potem życie cofa rękę.

I znów wszystko wraca do porządku i do normalnego stanu, gdzie znów tkwisz w szarej codzienności, tylko masz nowe uczucie, że czegoś brakuje Ci bardziej niż przedtem, a wszystko co Cię otacza staje się jakieś takie puste.

Dziwnie, gdy skrajne uczucia w jednej chwili mieszają się ze sobą…

A może…?

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Rok na emigracji

21 sierpień, 2007 at 20:05 (Niecodziennik)

Za dwa dni mam egzamin poprawkowy, tradycyjnie więc robię wszystko byle się nie uczyć - dzisiaj pisanie bloga ;).

Wydaje mi się, że dziś (lub wczoraj, albo jutro) mija rok mojego pobytu w Danii. Właśnie ok. 20 sierpnia 2006 (dokładnej daty nie pamiętam) pełen nadziei i niemożliwych do zrealizowania oczekiwań wsiadłem wraz z Lestatem i Włosem do autobusu i pożegnałem się z ojczyzną - jak na razie - na dobre. Czas szybko mija i wiele się wydarzyło, ale jakoś dziś nie mam siły na podsumowania -to temat na osobną, długą notkę, którą napiszę jak będę miał więcej czasu, a której i tak nikomu nie będzie chciało się czytać :].

Z innych ciekawych rzeczy, które się ostatnio wydarzyły najciekawszą był chyba wypad do utęsknionej ojczyzny. Wstawałem pół czerwca i cały lipiec jak zombie o 3:40 rano i jechałem na rowerze 10 km żeby zdążyć do fabryki. A wszystko po to, żeby móc wziąć 2 tygodnie urlopu, pojechać do Polski i spłukać się do cna ;). Tak czy owak wizyta była nad wyraz udana. Zaczęło się już pierwszego dnia chlaniem z Włosem, Lestatami i - chwilowo – Maczem i psem. Następnego dnia koncert Odwrotnie – w samo południe, na starym rynie w Łodzi. Profesjonalna konfenansjerka oraz ciasno zgromadzona pod sceną publiczność zapowiadała wysoki poziom całego widowiska. I tak też było bo wyszło to nadspodziewanie dobrze, przynajmniej w warstwie nagłośnieniowej – przyznam, że po obejżeniu “mini koncertu dla znajomych” z sali prób, miałem raczej niskie oczekiwania ;). Nie zmienia to faktu, że bend to już zupełnie co innego niż to co robiliśmy, gdy jeszcze z nimi grałem i przypuszczam, że gdybym nie wyjechał z Polski, to muzyka byłaby troche inna (czy lepsza? – nie wiem), aczkolwiek pewnie nie obeszłoby się bez scysji… ;) Jest zresztą dokumentacja video dostępna na youtubie. Podsumowując jednak zajebista atrakcja i cieszę się, że udało mi się akurat trafić z przyjazdem do Polski na ich koncertowy debiut, a także zobaczyć wszystkie, dawno nie widziane twarze. Potem był Przystanek Woodstock, na którym - jak co roku - nie grało nic interesującego poza TYPE 0 NEGATIVE!!!! Nie jestem może wielkim fanem, ale szacun do bendu mam. Teraz nienawidzę siebie i chcę umrzeć ponieważ ten jedyny koncert, który chciałem zobaczyć najzwyczajniej w świecie przegapiłem :( ;( ;\ :/ :C. Co prawda nagłośnienie mieli tak potężne, żę w namiocie wszystko słyszałem doskonale, a ziemia drżała jak galareta w bardziej basujących momentach, ale mimo wszystko to nie to. Poza tym drobnym incydentem jednak, Drewnoskład - choć w tym roku krótki - uważam za wyjątkowo udany i z takich i owakich przyczyn będę go miło wspominać ;). Warto jeszcze wspomnieć, że mimo zapowiedzi, zebrała się całkiem pokaźna ekipa na ten wyjazd, choć skromniejsza niż w latach ubiegłych, to liczniejsza niż się spodziewałem.

Po  Woodzie przyszedł czas na posiedzenie troche w domu i użeranie się z załatwianiem na szybko samochodu. Na szczęście akcja zakończyła się sukcesem i wszedłem w posiadanie Renault Clio 1,2 z ‘95 roku z – uwaga – SZYBERDACHEM! :P Mniej zachwycająca wiadomość to taka, że szyberdach przecieka, co w Krainie Deszczowców może być uciążliwe (chociaż, odpukać, ostatnio mu przeszło). Autko spaliło na trasie do dk ok 6 litrów na setkę, więc podróż wyniosła mnie w przybliżeniu tyle, co bilet autobusowy, a nie musiałem podróżować w towarzystwie bandy pijanych roboli jadących na saksy (przykre, ale prawdziwe :( ). Jak będzie ładna pogoda to trzasnę fotę i wrzucę.

W ten właśnie sposób wydałem wszystkie zarobione w pocie czoła pieniądze, a cała zabawa z zakupem autka zajęła mi zdecydowanie za dużo czasu. Nie byłem przez to u rodziny w Krakowie i nie zrobiłem paru innych rzeczy… Apropos Krakowa, chciałbym pogratulować mojej siostrzyczce dostania się na studia w tym pięknym mieście! :) :* Zazdroszczę.

Wyjazd zakończył się kilkoma miłymi wieczorami w bardzo miłym towarzystwie :]. Brakowało mi tego…

No a potem spakowałem manaty i 14 godzin w samochodzie i jestem znowu w Aarhus. Prawdą jest, że wizyty w Polsce zaczynają mi się kojarzyć z czasem wolnym i z relaksem, więc zaczynam nieco idealizować, bo tu w Danii jest robota i niedługo szkoła, ale mimo wszystko – było super i mam nadzieję, że uda mi się to wkrótce powtórzyć. Cały czas zadaję sobie pytanie, co zrobię za te pół roku – rok, gdy (hopefully) skończę studia i trzeba będzie zdecydować co dalej… Ale to temat na później.

Oczywiście cały czas czekam na wszystkich, którzy obiecali, że mnie odwiedzą tutaj w DK – liczę, że dotrzymacie słowa :P. Tymczasem trzeba wyjść na miasto, bo jutro dużo nauki.

Pozdrawiam.

Bezpośredni odnośnik Dodaj komentarz

Links & update

23 lipiec, 2007 at 17:07 (Muzyka, Niecodziennik)

Moje małe śledztwo doprowadziło mnie do nazw i stron dwóch zespołów o których pisałem ostatnio. A więc były to War of Destruction – duński punk, zaczynali w ‘81, w ‘89 zrobili sobie wakacje na 14 lat a teraz znów grają od ‘03. Hasło na ich oficjalnej stronie brzmi: “Twardsi, głośniejsi i szybsi… …i starsi i brzydsi” :]. Na myspace można posłuchać kilku ich kawałków: http://www.myspace.com/warofdestruction, polecam w szczególności drugi z nich p.t. “Feber” choć muszę przyznać, że brzmienie na koncercie mieli o niebo lepsze niż w tych nagraniach, więc i odbiór był inny.

Drugim będem jest 3rd Alternative – stoner metal z elementami progresywnymi. Macie link do myspace’a to polecam sobie posłuchać, choć niestety jest tam tylko mały wycinek z tego co zaprezentowali na koncercie (i coś mi się zdaję, że utwory nagrane były jeszcze przed dokoptowaniem trzeciego gitarzysty?). Warto także zerknąć na listę zespołów, którymi chłopaki się inspirowali - jest tam (prawie) wszystko co znać i szanować wypada i trzeba :].

Ostatnio słucham też dużo radia internetowego last.fm i tamtejszego działu ze stoner’em, choć również inne takie jak “alternatywa” itp. są interesujące, bo można tam znaleźć zarówno kanony i kultowe hity jak i naprawde undergroundowe gówno znane zapewne tylko lokalnie, jak np. fiński zespół Erotic Support z utworem “Tits to Die For” :].

Poza tym wziąłem dzisiaj z biblioteki 5 płyt: 2x Picnic i 3x The Twilight Singers – romątyczne piosenki ale bardzo przyjemne. Następne 8 albumów czeka w kolejce… Także dużo słuchania.

Idę po chleb - pa.

Bezpośredni odnośnik 1 komentarz

Next page »