Destruction Derby on Ice
Skończyłem – miesiąc przesiedziany przed kompem zaowocował zaliczeniem ostatniego przedmiotu na moich studiach – mianowicie Compilation. Nieskromnie muszę się pochwalić, że całą brudną robotę w ostatniej fazie odwaliłem sam, a było co poprawiać – wywindowałem nasz kompilator ze sprawnego w ok 30% do 100% :). Mam wybitną ochotę napisać do moich „kolegów” z grupy, lub powiedzieć im osobiście co o nich myślę, ale nie wiem czy będzie mi się chciało jeszcze więcej wysilać specjalnie dla nich…
No więc teraz już „tylko” magisterka i koniec zabawy (no przynajmniej do emerytury :P).
Nevermind. Byłem sobie w święta w Polsce – ale mróz. Tradycyjnie odwiedziłem Kraków, poza tym z ciekawostek, akurat odbywało się spotkanie naszej-klasy.pl z liceum. Pomyślałem, co mi tam, pójdę, pewnie zaraz wrócę – przyszły 4 (CZTERY) osoby! :D Nie to, żeby mnie to szczególnie zaskoczyło, raczej potwierdziło regułę ;).
Potem w Łodzi złapałem gumę… pogięta od dziur felga, no ale czego się spodziewać skoro auto przyzwyczaiło się już do duńskich i niemieckich dróg. Tu wtrącę dygresję, że wymiana koła w Renault na mrozie to prawdziwa bajka – zamontowane (koło) w koszu na podwoziu zamiast w bagażniku i kiedy robisz to pierwszy raz trzeba pokombinować, żeby rozwiązać zagadkę logiczną jaką jest jego wydobycie. Ale to nie wszystko! Trzeba także wykazać się zręcznością Pudziana przy wykręcaniu śruby podtrzymującej kosz – cholera jest zardzewiała cała, bo wszystko na nią bez przerwy chlapie tam pod spodem. No więc ja ukręciłem śrubie łeb i kosza nie dało się już na powrót przykręcić. Alternatywą było szorowanie nim po asfalcie aż do Zduni albo jakieś prowizoryczne zaczepienie. Tu nieocenioną pomocą okazali się podróżujący ze mną inżynierowie Anula i Bub, którzy zgrabiałymi od mrozu rencami, własną foliówkę zamienili na permanentne mocowanie do kosza. Jestem pewien, że spokojnie mógłbym z nim jechać z powrotem do Danii i nic by się nie stało, ale zapasowe koło zajmowało w bagażniku za dużo miejsca więc musiałem naprawić dziada u mechanika (nieźle się przy tym namęczył bo mechanizm jest zaiste bardziej zawiły niż węzeł gordyjski). Cała sytuacja była tym bardziej denerwująca, że śpieszyłem się do domu aby przetestować mój nowy nabytek – gitarę basową którą widzicie tu (klikable):
Sorry za kiepskiej jakości foty. Jest to pięciostrunowa kopia Music Mana, firmy OLP, model MMTLAN sygnowany przez łysego wąsacza Tony’ego Levin’a (m.in. King Crimson) z aktywną elektroniką. Porządny instrument jak za tę cenę, i trzyma strój aż miło (o tym za chwilę). No i wyglądem mi odpowiada :). Jedyną wadą jaka na razie mi doskwiera jest to, że basik „leci na łeb”, czyli całość jest lekka, ale głowa jest ciężka no i niestety przy najtańszym, śliskim pasku gitara „zjeżdża” gdy nie trzyma się na niej rąk. Poza tym na basie trza umieć grać. Z lewą ręką nie mam dużych problemów ale prawa – a próbuję grać palcami nie kostką – to zupełnie inna bajka niż zwykłe gitary. Po dwóch dniach intensywnych ćwiczeń palec wskazujący spuchł mi i bolał, musiałem więc zrobić przerwę w graniu :). Może robiłem coś źle, ale myślę, że po prostu za dużo grałem, bo teraz już jest dobrze.
No dobrze, a teraz gwóźdź programu i wyjaśnienie tytułu notki. Przed drogą powrotną do DK miałem złe przeczucia. Wziąłem od Taty nóż do rozcinania pasów, myślałem o młotku do awaryjnego rozbijania szyby… Ale ja mam często obawy przed drogą, więc zignorowałem intuicję. W Niemczech rozwaliłem samochód. Lał rzęsisty deszcz przez całe Niemcy i mniej więcej w połowie drogi między Berlinem a Hamburgiem (zarazem jest to połowa drogi między miejscem gdzie mieszkałem w Polsce, a Århus) jechał przede mną samochód bez chlapaczy i zawalał mi całą szybę wodą. Postanowiłem go wyprzedzić jednak jak się okazało jezdnię pokrywała już nie woda a warstwa lodu. Przy 120 – 130 km/h zawiał z boku wiatr i przesunął mi auto z lewego na prawy pas. Jako niedoświadczony w takich sytuacjach kierowca byłem zaskoczony i spróbowałem wrócić na lewy pas i to był błąd. Roztańczyłem się na autostradzie niczym w „Jak oni tańczą z gwiazdami na lodzie”. Szczęśliwie nie uderzyłem w barierkę oddzielającą pasy ale wylądowałem na poboczu z prawej strony… jadąc bokiem do kierunku jazdy. Przednie zawieszenie zostało zrujnowane. Szczęśliwie również nic nie jechało za mną więc nie doszło do żadnej kolizji i nie odniosłem żadnych obrażeń. Jacyś młodzi Niemcy mówiący dobrze po Angielsku pomogli mi wezwać pomoc drogową. Co ciekawe gdy zadzwoniłem na 112 operator nie rozumiał Angielskiego! Przybyła też polizei i też albo nie umieli, albo nie chcieli rozmawiać po Angielsku. A ja Niemieckiego ni w ząb. Co więcej, świnie chcieli mnie zrobić na 100 euro! Jakbym już nie był w wystarczających tarapatach. Pytam dlaczego, ale facio nie mógł mi tego wytłumaczyć. Gdy powiedziałem, że nie mam euro, zażądał 400 zł! Niewyobrażalne. Kiedy (zgodnie z prawdą) powiedziałem im, że mam tylko kartę kredytową, pojechali sobie i dali mi spokój. Nieładnie… Jedyny pożytek z nich to taki, że dowiedziałem się, że byłem już 6-ym samochodem w tego typu sytuacji. A na drodze koło mnie działy się dantejskie sceny – sam widziałem co najmniej 4 – 5 innych aut które kręciły się wokół własnej osi na drodze i lądowały po poboczach. Miałem pełno w gaciach, że zaraz coś we mnie uderzy. Do tego mróz jak diabli, dobrze, że silnik mi chodził więc grzałem się w środku. Po jakiś 2 godzinach przyjechał pan z lawetą z ADAC’a i ściągnął mnie na parking. Nie mógł podjechać co prawda pod podjazd, bo zjeżdżał, albo raczej ześlizgiwał się (bokiem) z powrotem na jezdnię. Wszystko, ale to wszystko było pokryte szklanką lodu. Jakoś w końcu się jednak udało. Za usługę zapłaciłem bagatela 250 euro i ślizgając się na butach jak po lodowisku wylądowałem w hotelu pośrodku niczego. Jedna noc 50 euro choć standard przyznaję wysoki. Ogólnie gdy coś takiego Ci się przydarzy, zedrą z Ciebie wszystko i obgryzą Cię do kości… Spać oczywiście nie mogłem bo miałem wizje tego co mogło się wydażyć. Następnego dnia wybrałem się na obchód okolicy. Była niedziela i może dlatego nigdzie (poza obsługą hotelu, którego byłem chyba jedynym gościem) nie zobaczyłem ani żywej duszy. Tylko mgła i dookoła jakieś magazyny. Naprawdę creepy i obawiałem się czy nie znalazłem się w scenariuszu jakiegoś tandetnego horroru. Po dwóch dniach udało mi się z pomocą Taty dotrzeć do Danii – cudem w jednym kawałku, z wszystkimi bagażami (gitara była nadal niemal idealnie nastrojona!), ale bez samochodu (obiecałem kiedyś wrzucić zdjęcie i nie zdążyłem) i bez pieniędzy. Bas kosztował sporo i już obawiałem się o następny miesiąc, a teraz jeszcze to :(. Będzie trzeba wskoczyć z powrotem na rowerek i trochę popracować, zwłaszcza, że zlawetowanie auta do Polski i ewentualna naprawa również będzie się liczyć w tysiącach złotych :(. No trudno, zdarza się. Kończę, ten chyba najdłuższy mój wpis ever, jeśli ktoś dotarł aż tutaj, dziękuję i cieszę się, że mogę nadal tutaj klepać swoje wynudy ;). Oby następnym razem wieści były lepsze – szczęśliwiego 2008-go!
Ha ha ha! Too slow looser…
Czasami jak sobie pomyślę, że życie jest tylko jedno to oczywiście dodaje mi motywacji na jakiś czas i stwierdzam, no dobra trzeba po prostu się za siebie wziąć i zacząć coś robić. Trzeba wykazać inicjatywę!
Ale oczywiście wkrótce mi przechodzi i opada mnie zobojętnienie i zniechęcenie pokolenia dzisiejszych 25-cio latków. Po co robić z siebie idiotę? – pytam siebie.
Dane napływające z otoczenia są niejednoznaczne… To w końcu robisz z siebie idiotę, czy po prostu pokazujesz, że ci zależy?
Takie wahanie może być sygnałem, że łatwo się poddajesz. A skoro łatwo się poddajesz to znaczy, że ci nie zależy, a skoro ci nie zależy to w innych sprawach też będziesz do niczego.
W rezultacie jestem zbyt powolny. Jeśli czegoś chcę, nie wyciągam ręki i to się oddala…
Może potrzebuję po prostu porządnego kopa w dupę?
Sam sobie potrafię odpowiedzieć na te rozterki: zbyt mocno przejmujesz się tym, czy robisz z siebie idiotę. No niby tak, ale przejmuję się również tym, że nie chcę być dla nikogo irytującym komarem, którego nikłe, leniwe jęczenie co jakiś czas słychać przy uchu… I to mnie gubi, już ktoś kiedyś mi to próbował uświadomić… Ale może to był odosobniony przypadek. Empatia – pozytywna cecha, ale czasami jednak przeszkadza.
Całe życie na coś czekam zabijając czas doraźnymi substytutami, na dłuższą metę to jednak do niczego nie prowadzi i trzeba zdać sobie sprawę, że stan obecny może wkrótce stać się permanentnym.
Ten wpis powinien chyba raczej trafić do pamiętnika w szufladzie a nie do internetu, ale oczywiście jest to podświadome wołanie i dlatego pewnie go tu zamieszczam. Poza tym, pewnie zaraz mi przejdzie ;).
A zresztą…