Stoner Metal Punk na żywo!
Dziś niedziela, a więc wczoraj sobota, a więc dziś wolne, a więc wczoraj balety. Właśnie wczoraj w Århus odbywał się Grøn Koncert a więc nie taki strasznie drogi, jednodniowy festiwal największych duńskich gwiazd i gwiazdeczek. Zupełnie przypadkowo dowiedziałem się, że równolegle odbywa się inny koncert, darmowy, na którym ma grać fusionowa kapela z Århus – Picnic. Zespół uważam za genialny, coś pomiędzy Primusem, mr Bungle i czym tam jeszcze, zresztą zobaczcie sami.
Tak więc bez zastanowienia wybraliśmy koncert dla biduli, bo lepsze zespoły :]. Jakież było moje zdziwienie, gdy po dotarciu na miejsce zobaczyliśmy “scenę” na naczepie ciężarówki, oraz chyba całą śmietankę punkowo-metalowo-rockowo-freakowo-hippisowej młodzieży z Århus.

Nie wiem gdzie ci ludzie się chowają podczas dnia, ale poczułem się od razu bardziej woodstockowo. Na scenie zapodawał jakiś punkowy zespół chyba jeszcze z czasów oryginalnej punkowej rewolucji. Na jednej z gitar koleś z wywalonym brzuszyskiem, na basie dziewucha (odpowiedzialna za 70% kopa w muzyce), na drugiej gitarze + troche za bardzo melodyjnym wokalu koleś z mikrofonem od Britney Spears, który wiele przeszedł (mikrofon i koleś). Zdjęcie jak zwykle w gównianej jakości (ręka się trzęsła…)

Tak więc w oczekiwaniu przystąpiliśmy do konsumpcji piwa i czekolady. Kolega z Francji kopnął pałętającą się wokoło piłkę i zaliczył strike’a z 4 piw. Koleś do którego należały wstał i podszedł do nas tak więc czułem, że Francuzik zostanie zaraz znokautowany, jednak tamten wręczył mu tylko piłkę z morderczym wzrokiem :]. Naprawde kocham za to Danię - w PL już wiele razy napytałbym sobie biedy, a tu - odpukać - wszystko uchodzi mi na razie na sucho ;].
Wracając do tematu, następny miał być Picnic, ale na scenę wtoczyło się jakieś 110%-TRU punkowe trio i zaczęło zapodawać z prędkością światła. Nie wiem czy to muzyka czy czekolada, ale experience był przedziwny. Grali najbardziej ochydną formę szybkiego punka, gdzie utwory mają po minutę i wszystkie brzmią jednakowo – było to niezwykle śmieszne i widać było że zespół gra z jajem, zwłaszcza w warstwie wokalnej. Refreny typu “ta-ta-ta-ta-ta-ta-taaaa” wywrzeszczane z ochrypłej gardzieli frontmana, oprócz brzmienia miały podobno również zabawną treść. Tego nie mogłem jednak w pełni docenić bo nie znam jeszcze na tyle Duńskiego. Co jednak poruszyło mnie najbardziej, to wywalone w kosmos riffy przerywające standardową sieczkę! Trudno to opisać i trzeba by usłyszeć, ale miały naprawdę powalającego kopa i uważam, że tak właśnie powinien brzmieć porządny punkowy zespół: jednocześnie pozostawali wierni tradycji jak i nadawali jej świeżej dekoracji, dzięki czemu mimo wszystko nie było to wszystko wtórne i nudne.
Tak więc ten zespół albo był Picnikiem i zrobili sobie z nas jaja grając w innym składzie zupełnie inne utwory niż te które nagrywali przez ostatnie 20 lat na płytach; albo był to inny zespół o tej samej nazwie; albo była to pomyłka :]. Tak czy owak Duńczycy są bardzo strict on time, więc puncy nie mogli nawet zagrać bisu :(.
Na scenie zaczął pojawiać się ekwipunek kolejnego bandu. Piece Orange’a i Marshall’a i basowa kolumna, która wyglądała tak groźnie, że zacząłem mieć wątpliwości, czy nie będzie za głośno… Kiedy wyszli na scenę okazało się że skład jest następujący: bębny, bas, TRZY gitary (jednym z gitarzystów był koleś, któremu JePe rozlał piwa;)) + wokal. Jak zaczęli to wiedziałem, że będzie dobrze. Powolne ciężkie, stonerowe riffy zestrojonych gitar przywołały do pamięci Kyuss’a i Electric Wizard. Do tego genialne, ciepłe, lampowe brzmienie z pieców – kosmos. Dorzućmy jeszcze wypasione ciężarne harmonie, wspaniale wykorzystujące wszystkie 3 gitary i genialny bas, oraz inne niż 4/4 metra, często zresztą się zmieniające! Wokalista też nie zaniżał poziomu. Zespół powalił, zmielił i totalnie mnie zmiażdżył. Rozruszała się nawet statyczna zazwyczaj, duńska publika! Nadawali przez cały czas na pełnym ciężarze, i to w znaczeniu dla mnie najpełniejszym – i kiedy zdawało się, że ciężej już nie można, doładowywali kopasa w dupę porażającą harmonią. W porównaniu z tymi – co jak co młodymi kolesiami – stara dobra Metallica brzmi jak nieśmiałe pierdy dziadka z domu starców. Mniej więcej w połowie koncertu stwierdziłem, że chcę umrzeć. Nie będę w stanie nigdy grać czegoś choć w połowie tak mocnego, ani osiągnąć w połowie tak dobrego brzmienia (po raz kolejny utwierdziłem się w przekonaniu, że jest ono co najmniej połową sukcesu w muzyce)… Choć band na pewno nie składał się z amatorów.
Zespół okazał się być ostatnim tego wieczoru i wcale się nie dziwię. Picnic’a albo nie było, albo był w zmienionej formie (co nie jest tak znowu strasznie niemożliwe), mimo to zajebiście zadowolony udałem się w podróż do domu. Jak zwykle podczas wieczornych wyjść w dk, wydałem 4x tyle pieniędzy ile powinienem, ale tak to już tutaj jest.
Podsumowując: masakra. Nie wiem nawet jak się nazywał ten band, ale się dowiem. Był to na pewno najlepszy koncert jaki widziałem od czasu jak jestem w Danii, a ostatni band po prostu idealnie trafił w mój gust. Na podstawie koncertów które tu widziałem w ciągu zeszłego roku, oraz muzyki którą tu poznałem dochodzę do wniosku, że underground’owa i alternatywna scena muzyczna w dk jest po prostu o niebo lepsza niż w Polsce. Oczywiście wpływ na to może mieć łatwość dostępu do instrumentów, funduszy i miejsc do grania. Nie umniejszając Polsce, gdzie z dala od gówna promowanego w radio i tv też roi się od bardzo porządnych i ciekawych wykonawców, to mimo wszystko jednak Dania jest malutkim krajem – jedna ósma populacji Polski, a tyle fantastycznych pomysłów i nieznanych szerokiej publiczności talentów… Polecam :]
Cała zadyma zachęciła mnie do wyjazdu na Woodstock w Polsce. Mimo iż nie ma tam nigdy czego posłuchać (no w tym roku ma być Type’O'Negative!) to zatęskniłem za klimatem punkowskiego rozpierdolu i jak da radę to jadę. Tymczasem.
Wakacje, nie mam czasu.
Nie mam czasu przygotowywać się do egzaminu poprawkowego.
Nie mam czasu przygotowyać pracy magisterskiej.
Nie mam czasu chodzić nad morze.
Nie mam czasu nagrywać muzyki.
Nie mam czasu spać.
Tak właśnie wyglądają moje wakacje ale może zanim rozpocznę pisanie tego jakże standardowego i typowego wpisu, mała dygresja:
Kiedyś takie pierdy pisało się na forach i była dysputa. Ja dobrze wspominam forum Macza (no przynajmniej do pewnego momentu (dr.Zboku)). Teraz w dobie postępującej alienacji nie ma wyjścia – każdy musi mieć swojego bloga i pisać indywidualnie. Takie czasy…
Po tej krótkiej przerwie wracamy do tematu przewodniego. A więc niestety żądza pieniądza zmusza mnie do pracy 5 dni w tygodniu, w godzinach 5 – 10 rano. W praktyce oznacza to pobudkę o 3:40, powrót do domu międyz 11 – 12, dwugodzinną drzemkę i jest godzina 15 – 16. Do łóżka trzeba położyć się najdalej o 22. Tak więc zostaje naprawde niewiele czasu na sprawy, zwłaszcza jeśli trzeba zmagać się z codziennymi, upierdliwymi, nudnymi do szpiku kości “everyday activities”. Każdy kto już nie mieszka z rodzicami zna to dobrze: zakupy, zmywanie, pranie, sprzątanie, i najgorsze: przygotowywanie jedzenia! Kiedyś poświęcę temu osobny wpis. Tymczasem: jak poza tym wyglądają wakacje w Århus? Doprawdy rewelacyjnie. Oczywiście jest mniej ludzi niż w ciągu semestru bo exchange studenci powyjeżdżali, ale w samym mieście cały czas coś się dzieje! (Troche jak w Krakowie, choć ciężko mi porównywać bo w Krakowie jednak spędzam znacznie mniej czasu.) Najpierw był zlot żaglowców z Bałtyku – 4-dniowa impreza w porcie, było co podziwiać (Pech chciał, że akurat tego dnia kiedy poszedłem wysiadła mi bateria w aparacie). Następnie wspomniany poniżej koncert Metallicy. Obecnie trwa Jazz Festival. Jutro w parku uniwersytetu od 12 do 24 jakieś koncerty, w tym genialny zespół z Århus – Picnic (ciężko określić co grają, industrialny, jazzujący rock?) także trzeba iść :]. Poza tym nareszcie jest ładna pogoda. Druga połowa czerwca i początek lipca były naprawdę paskudne, ale teraz jest pięknie, a nad morzem jest jeszcze lepiej :]…
Także łuskam czas aby jakoś docierać w te ciekawe miejsca i oglądać te eventy, a od czasu do czasu wymoczyć tyłek w zimnej, ale jakże relaksującej wodzie Bałtyku. Poza tym kombinuję z nagrywaniem, choć brak sprzętu z Polski ogranicza znacznie moje możliwości – zwłaszcza jeśli chodzio jakość brzmienia. No zobaczymy. Wszystko to oczywiście kosztem czasu który powinienem poświęcić na pracę i naukę – ale to chyba problem który dotyka większość z nas.
Mimo wszystko cieszę się, że już za tydzień do Polski. Mam dosyć roboty i te 2 tygodnie na pewno są mi potrzebne. Może Woodstock? Mam nadzieję zobaczyć się z wszystkimi których znam i z którymi brudzia dobrze wypić aczkolwiek zdaję sobię sprawę, że większość zapracowanych głów rodzin pewnie nie będzie miała czasu żeby troche pobujać się i ponicnierobić.
Dobra, czas do łóżka bo jutro znów na 5, a potem 2 dni weekendu. Sorry za brak ładu i składu w notce, ale tak właśnie wygląda mój łeb – jestem zmęczony.
Do zobaczenia…
Halo świat!
Kilka zdjęć z ostatnich dni.
Na początek, duńska woda mineralna ”Kurwa” z lekką, cytrynową nutką - od Carlsberga:

Kitchen – left sight:
The only tru and only Right Side of the Kitchen:

Metallica w Århus. Później walnę obszerniejszą reckę, póki co parę fotek:
![Widok na scenę z pobliskich górek - wszystko pięknie słychać :]](http://caleb9.files.wordpress.com/2007/07/04.jpg?w=510&h=374)

Zwróćcie uwagę na rządek siurających ”in your face” duńskich fanów Metalliki. Zdażały się nawet dziewczyny!!! A dodam, że miejsce z którego robiłem zdjęcie też było pełne ludzi :]

Tu niestety było już trochę za ciemno więc zdjęcie jest w dennej jakości:

A tu jeszcze dwa bardzo złej jakości filmiki:
Potem przenieśliśmy się bliżej sceny gdzie dla mojego aparatu było już za głośno – dźwięk jest obrzydliwie przesterowany, więc pewnie nie dacie rady obejżeć do końca, mimo to polecam – inni bootlegerzy powinni to video potraktować jako film instruktażowy (pt. “Jak tego NIE robić” ;] )
Pa.